Znikające miasto

Jako mieszkańcy europejskiego kraju jesteśmy przyzwyczajeni, że miasta nawarstwiają się przez wieki, przeżywają okresy stabilnego rozwoju, czasami boomu gospodarczego, czasami stagnacji, czasem są bombardowane lub równane z ziemią, jednak zawsze podnoszą się z gruzów lub gospodarczych zapaści, bo nie są tylko miejscem, w którym załatwia się ekonomiczne interesy. Inaczej jest w Stanach, gdzie o kształcie miast decyduje prawie wyłącznie ekonomia. Niższe budynki wyburza się pod wyższe, jeśli jest taka potrzeba; starsze pod nowsze, o ile są tańsze w eksploatacji; jeśli miejsce przestaje być atrakcyjne, budynek opuszcza się lub wyburza. Trochę inaczej wygląda to w starych amerykańskich miastach, jak Nowy Jork, który żyje szczególnie europejsko, chociaż i tam wiele malowniczych wieżowców poszło pod kilof wyłącznie dlatego, że taniej było zbudować nowe szklano-metalowe pudełko w stylu międzynarodowym, niż dbać o eklektyczne dekoracje i ogrzewać stary wieżowiec.

Szczególnie szokującym przykładem takiego czysto utylitarnego traktowania miasta jest Detroit – miasto, które odniosło spektakularny sukces wraz z szalonym rozwojem amerykańskiej motoryzacji w pierwszej połowie XX wieku i które wraz z narastaniem kryzysu na tym rynku od pięćdziesięciu lat traci mieszkańców i popada w kompletną ruinę.

Wszystko zaczęło się od Henry’ego Forda, który na początku XX wieku założył w Detroit fabrykę samochodów. Sprowadzenie się do miasta jeszcze dwóch potentatów rynku motoryzacyjnego, Chryslera i przede wszystkim General Motors, (który w ciągu kilkudziesięciu lat poprzez wykupowanie firm transportowych i zamykanie ich doprowadził do upadku transportu publicznego w całych Stanach i całkowitego uzależnienia Amerykanów od samochodów – a co za tym idzie zwielokrotnienia na niespotykaną skalę zarobków firm produkujących samochody), doprowadziło do błyskawicznego rozwoju miasta. Trzy koncerny, osiągając krociowe zyski i potrzebując masy siły roboczej, oferowały dużo wyższe zarobki niż fabryki w innych miastach, co wraz z nakręcającym prosperitę zmilitaryzowaniem zakładów na czas wojny zaowocowało spektakularnym sukcesem demograficznym miasta. Z niecałych 300 000 mieszkańców na początku XX wieku, populacja skoczyła do niemal dwóch milionów w 1950, co wywindowało Detroit na 5. miejsce wśród największych amerykańskich miast.

Tak wyglądały fabryki w Motor City w czasach świetności:

To był punkt kulminacyjny; od tego momentu zaczęły ujawniać się problemy spowodowane przez te same czynniki, które zdecydowały o rozwoju miasta. Splotły się tu dwa problemy:

Po pierwsze: wysokie zarobki w sektorze motoryzacyjnym doprowadziły do umocnienia związków zawodowych, które wywalczyły sobie szereg absurdalnych przywilejów pracowniczych. Kocerny obciążone nadmiernymi kosztami przywilejów zmuszone były podnosić ceny swoich wielkich, paliwożernych samochodów, a to wraz ze wzrostem cen paliw i kryzysami paliwowymi mocno wpływało na konkurencyjność amerykańskich samochodów. Koncerny musiały więc albo przenosić się gdzieś, gdzie mogły zaproponować niższe zarobki, albo obcinać zatrudnienie, co skutkowało bezrobociem. Dodatkowo ogromna ilość zrzeszonych w związkach robotników decydowała o tym, że wybory w mieście wygrywali zawsze lewicowi politycy, którzy jeszcze rozciągali socjalne roszczenia na miasto.

Po drugie: wielka migracja do miasta to przede wszystkim ogromny napływ czarnoskórej ludności, często niewykwalifikowanej, a więc najbardziej zagrażonej bezrobociem, a także najbardziej uwierającej białą klasę średnią z sąsiedztwa.

Tak wyglądało miasto u szczytu rozwoju, a jednocześnie zarania swojego upadku (ciekawy jest również pokazany tam modernistyczny model miasta, który też już był na krawędzi upadku):

Do przełomu doszło w 1967 roku, kiedy populacja miasta już powoli spadała (częściowo z powodu narastającego bezrobocia, a częściowo z powodu migracji białych do domków pod miastem, gdzie sąsiedzi nie są czarni) – doszło do intensywnych rasowych zamieszek – zginęły 43 osoby, a czarni podpalili 2500 budynków. Od tego czasu biali zaczęli uciekać z miasta do swoich oaz wyśnionych w american dreams, co doprowadziło z biegiem czasu do niemal stuprocentowej segragacji – bogaci biali zamieszkali w odosobnionych podmiejskich dzielnicach domów jednorodzinnych, a czarni, których nie było na to stać, opanowali miasto (a to mieszkańcy miasta płacą podatki, więc te wpływy drastycznie spadły).

Także kłopoty Forda, Chryslera i GMC zaczęły się nasilać. Przywileje finansowe tak prezesów, jak i zwykłych pracowników powiększały się cały czas, samochody drożały, tak jak i paliwo. Amerykanie, nie mając alternatywy komunikacyjnej dla samochodu, pognębieni jeszcze przez niedawny kryzys, chyba na zawsze zrezygnowali z za drogich i zbyt mało ekonomicznych krążowników szos na rzecz mniejszych, tanich i trwałych samochodów japońskich – w 2009 General Motors i Chrysler ogłosiły bankructwo.

To wszystko doprowadziło do drastycznego spadku ludności miasta – z 1 850 000 mieszkańców do 714 000 wg danych z najnowszego spisu powszechnego (gazeta.pl). Wraz ze spadkiem ludności miasto popadło w ruinę i coraz bardziej kurczy się – długo nie remontowane opuszczone budynki wyburza się, chyba po to, żeby nie potęgować dołującego klimatu miasta, a puste działki zamienia w parkingi. Dla mnie takie przetrzebione miasto z morzem parkingów to jest dopiero dół (zdjęcia poniżej z downtown lub bezpośredniego sąsiedztwa centrum). Wrzuciłem powiększenia, bo widok jest naprawdę niesamowity – jak miasto uporządkowane po bombardowaniach, a przecież nic tu się nie stało poza katastrofą ekonomiczną:

Jak “cofa” się miasto, doskonale widać na przykładzie poniższych zdjęć okolic Grand Circus Park (w centrum). Szeroka ulica przechodząca pośrodku skweru to Woodward Avenue, reprezentacyjna arteria miasta (nowe zdjęcia nie obrazują do końca zmian, bo są zrobione w latach ok. 2002-2008, powiększenia po kliknięciu):

Dla mnie zupełnie niesamowite jest to, że kurczenie się centrum Detroit to proces prawie dokładnie odwrotny do tego, w jaki miasta amerykańskie się rozrastają. Rozwój to wytyczenie siatki ulic, stopniowa budowa wieżowców i zamiana niezabudowanych jeszcze parcel na parkingi obsługujące istniejące wieżowce, dalej rozój ekonomiczny miasta, dogęszczanie centrum wieżowcami i likwidacja parkingów. Dezurbanizacja centrum w przypadku Detroit to opuszczanie wieżowców i budynków, stopniowe ich wyburzanie i zamiana pustych miejsc na wyasfaltowane parkingi. Cofnięte w rozwoju centrum Detroit wygląda bardzo podobnie do centrum Houston w fazie rozwoju – wieżowce ustawione wśród parkingów.

…..
Tekst: Andrzej Komendziński
Artykuł pochodzi z bloga autora: http://lessmore.blox.pl

  •    

Leave a Comment



More in Urbanistyka (1 of 2 articles)
widziadelko

WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates